piątek, 20 kwietnia 2012

Z Chińczykiem przez Sri Lankę

07.04 Wielka Sobota (no, przynajmniej gdzieś w Polsce).

Nad ranem pojechałyśmy do Galle, Nadisha wróciła do Colombo, a ja spotkałam się z dwoma Chińczykami. Jeden z nich zdecydował się kontynuować podróż ze mną, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem była Kataragama, ale żeby tam się dostać musieliśmy zmienić autobus 2-krotnie.

Z Kingiem tworzyliśmy dość kuriozalną parę, zwłaszcza, gdy przyszło nam zjeść lunch. Trafiliśmy do jakiejś zapadłej mieściny, gdzie obcokrajowców widują raczej rzadko, tak więc nie dosyć, że wszyscy nam się przyglądali, bo to obcokrajowcy, to jeszcze biała kobieta jedząca ręką (a nie sztućcami) i Chińczyk wcinający ryż składanymi (turystycznymi) pałeczkami... Tak jak knajpa była pusta, gdy przyszliśmy, tak podczas wyjścia trudno nam było się przez tłumy przecisnąć..
Słodko też musieliśmy wyglądać, gdy King zasnął w autobusie na moim ramieniu :)

Mimo że Chińczyk też Azjata, to jednak w porównaniu ze Sri Lankanami dało się wyczuć ogromną różnicę w mentalności i przede wszystkim w poczuciu humoru. Tzn. było ono kiepskie. Chłopak nie łapał wszystkich moich żartów, część z nich brał na poważnie, chwilami traktując mnie jak naiwne dziecko. Poza tym poczuł swoją misję, którą było zaopiekowanie się białą kobietą w obcym kraju, gdzieś na końcu Azji... Ale szybko okazało się, kto kim się tak naprawdę będzie opiekował :P
Ale nie mówię, że było źle. Ubaw też mieliśmy.

Matara, tutaj mieliśmy przesiadkę:



Był to pierwszy dzień z ciągu kilku, gdy pół dnia przyszło mi spędzić w autobusie, po to, by drugie pół dnia coś tam zobaczyć. Tak więc zanim dotarliśmy do Kataragamy minęło ok. 6 godzin.

W hotelu King powykłócał się o cenę pokoju... Wtedy okazało się, że jest dość bezczelny, nie ostatni raz zresztą w ciągu tych 3 dni.

Potem poszliśmy do miejsca, gdzie ludzie zjeżdżają się z całej Sri Lanki. Kataragama jest w zasadzie jednym z trzech głównych punktów pielgrzymkowych w tym kraju (po Świątyni Zęba Buddy w Kandy i Sri Pada, czyli Szczycie Adama). W tutejszym parku znajduje się kilka (kilkanaście?) świątyń - buddyjskich, hinduskich, jest nawet meczet i wcale nie zdziwiłabym się, gdyby gdzieś tam zapałętała się jakaś katolicka kaplica. Tym niemniej ciągnie tu ludzi wszelakich religii. I trudno się dziwić - jest w tym miejscu coś intrygującego... 

Stragany z owocami przeznaczonymi na ofiarę dla bogów:


Głównym punktem jest malutka, dość niepozorna świątyni poświęcona wielotwarzowemu bogu Kataragamie:


I to tutaj dzieją się najdziwniejsze rzeczy. Już wcześniej studenci opowiadali mi, że bóg Kataragama nawiedza niektórych przybyłych pielgrzymów... I pierwsze, co ujrzałam przed świątynią, to zaiście opętanego mężczyznę, który odbywał jakiś spazmatyczny taniec tuż przed wizerunkiem bóstwa - krzyczał jakieś dziwne słowa, bulgotał coś pod nosem, wymachiwał ramionami,  dreptał we wszystkich kierunkach, kręcił głową we wszystkie strony... Ale to jeszcze nic! Wkrótce rozpoczął się tzw. taniec pawii - to dopiero było szaleństwo. Na początku procesji szło kilkoro mężczyzn, którzy mieli jakieś dziwne instrumenty założone na ramionach, a za nimi kilka kobiet w obłąkanym tańcu, zupełnie jakby utraciły wszelką świadomość, w transie nie zważając na ludzi, którzy stali dookoła... (Jeden człowiek specjalnie się koło nich kręcił, by nie wpadała na gapiów.)



Dodatkowo cały długaśny korowód pielgrzymów z tacami pełnymi owoców stał w kolejce do innej świątyni. 
Ciekawe miejsce...





P.S. Mam wrażenie, że po powrocie do kraju stępił mi się dowcip i straciłam wszelki polot w pisaniu...

czwartek, 19 kwietnia 2012

Hikkaduwa i rodzinka Nadishy

06.04 Nadisha opuściła mnie w Galle - nie dostała pozwolenia od rodziców, żeby móc ze mną jechać do Hikkaduwa... Więc pojechałam sama.




Hikkaduwa to niewielka miejscowość, która znana jest przede wszystkim z tzw. Sanktuarium Koralowego. W przewodniku informacja mówiła o tym, że w zasadzie ren koral jest już wymarły i większego wrażenia nie robi... 
]Dodatkowo ponownie przekonałam się o rasizmie i dyskryminacji białego człowieka na Sri Lance. Dla Sri Lankan cena za człeka na łodzi - 700 rupii. Dla białego - 2200 rupii... Chciałam przyłączyć się do jakiejś grupki, co by przynajmniej odrobinę zniwelować cenę wypożyczenia łodzi, nawet jacyś Sri Lankanie z Australii zaproponowali mi miejsce na swoim pokładzie, ale facet zajmujący się wypożyczeniem łodzi twardo mówił, że nie mogę do nich dołączyć, że muszę wziąć własną łódkę... Długo się zastanawiałam, czy tak naprawdę warto. Ale skoro już tutaj przyjechałam i to specjalnie dla tych nieszczęsnych korali... To się skusiłam.

Szczerze? Taka sama strata czasu, jak i pieniędzy. Łódka była z przeszklonym dnem, więc sternik najpierw pokazał mi rybki... Potem kawałek korala, tzw. kapustę koralową (nazwa ze względu na kształt). Potem znowu rybki...




Ponoć ładniejsze korale są w pobliskich skałkach, ale przez pełnię księżyca fale są zbyt duże, by tam wypłynąć. Więc skończyło się na ok. 40 minutach pływania to tu, to tam w odległości ok. 50-100 m od brzegu... 
Generalnie - nuda. No, do czasu :) Jako że fale były duże, to nagle mieliśmy taki przechył, że kotwica zleciała nam do wody :P Facet zostawił ster, pobiegł wyciągać kotwicę, a że łódka sama zaczęła szaleć, to ustawiła się bokiem do fal. I każda kolejna ogromniasta fala wyrzucała nas na kilka-kilkanaście metrów dalej. Przynajmniej na tyle, na ile pozwalała nam kotwica. Facet troszkę się wystraszył, a ja miałam ubaw :P Jako że w sumie patent żeglarski mam, to zaproponowałam, że mu pomogę, żadna filozofia, ale ten się zestresował, że jeszcze coś mi się stanie, więc sam się męczył, a ja z bananem na twarzy czekałam na kolejne fale i przechyły :P

Mój sternik:



W drodze powrotnej z Hikkaduwy strzelałam jeszcze fotki z rozpędzonego autobusu, coś tam nawet wyszło.





Wróciłam do Galle, wsiadłam w kolejny autobus i pojechałam do wioski Nadishy. Wiocha taka dość zapadła, ludzie dziwnie mi się przyglądali, gdy na czekałam na Nadi. Naprzeciwko przystanku był też "posterunek" (budka) policji - faceci machali do mnie, co bym do nich przyszła, bo wyglądałam zapewne na mocno zagubioną. Odpowiedziałam, że czekam na koleżankę, to prawie dali mi spokój.

A rodzinka Nadishy naprawdę sympatyczna. Ojciec ma pole ryżu, matka jest w domu, a sam dom to taka mała willa zagubiona gdzieś w dżungli - jak wszystkie wioski tutaj.
Przeszliśmy się po okolicy. Starsza sąsiadka, gdy mnie zobaczyła, to przybiegła, objęła i skomentowała: "White daughter! White daughter!"... Co miałam odpowiedzieć, jeśli nie: "Black mother..."

Potem władowaliśmy się do samochodu, dwie młodsze siostry Nadishy na pakę i pojechaliśmy gdzieś tam wyżej nad jezioro, które dostarcza wodę do okolicznych wiosek.

Wieczorem walczyłam jeszcze z nienaturalnie opaloną skórą (i gdzie ja to wyrównam? Do lata jeszcze daleko...), a potem zostałam poproszona, by zadzwonić do leniwego kuzyna do Colombo i przekonać go, by na nowo rozpoczął naukę angielskiego w LC... W końcu kto może go do tego namówić, jeśli nie obcokrajowiec we własnej osobie? Jakby nie było - ponoć telefon zakończył się sukcesem.

Wieczorem zeszła się jeszcze pobliska rodzinka. Młodsza córka, ok. 7 lat może, wyglądała, jakby siłą została wyciągnięta z łóżka - "Wstawaj, wstawaj, obcokrajowiec w okolicy! Chodź, zobacz! Biały obcokrajowiec!" Jakoś ją to mało obchodziło, zresztą ja podzielałam jej chęci co do pójścia spać....



Starsza siostra Nadishy bierze ślub we wrześniu, jeszcze zanim ją poznałam, to już rodzinka mnie na ten ślub zaprosiła...

Nad ranem zjadłam śniadanie w domu Nadishy, potem jeszcze kolejne śniadanie u wujka i ciotki (ileż oni tego nagotowali...), a potem jeszcze do mojej "Black mother", która z kolei dostarczyła nam owoce wieczór wcześniej, a teraz nie mogła zrozumieć, że jestem już po 2 śniadaniach i mój żołądek nie może uelastycznić się jeszcze bardziej.

Pożegnałam się z rodzinką, odwieźli mnie do "centrum" wiochy, pomachałam znajomym policjantom i wróciłam do Galle. Tam z kolei spotkałam się z Chińczykiem, z którym podróżowałam dalej, ale to już historia na kolejny wpis :)






środa, 18 kwietnia 2012

06.04 Galle

06.04 był to Poya Day, czyli czas pełni księżyca. Razem z Nadishą wsiadłyśmy rano do autobusu ekspresowego do Galle (na południu Sri Lanki), który jechał jedyną na Sri Lance autostradą. Jakieś 110 km pokonałyśmy w 1,5 h (standardem bywało pokonanie 20 km w 1 h...).

Galle było stolicą holenderskiej kolonii, czego ślady można nadal zauważyć w architekturze, zresztą samo centrum miasta zwane jest "Dutch Village". Jest to teren ogrodzony fortyfikacjami, z kościołem katolickim, ewangelickim, z meczetem i świątynią buddyjską wewnątrz. Kręciło się tutaj wielu obcokrajowców, głównie z Holandii, w sumie trudno się dziwić. 




Kontrast z Colombo ogromny - cicho, spokój, wiatr buzujący po wąskich uliczkach...

Kościół prawie jak w domu :P



Przyjemnie tam się spacerowało. Trochę też powspinałyśmy się z Nadishą po fortyfikacjach, co by drogi nie nadkładać. Dla niej była to nowość :P

Więcej fotek z Galle:


Tego samego dnia wybrałam się jeszcze do Hikkaduwy, ale to w następnym wpisie. Trza się do pracy zbierać.....


Fotki z ostatnich dni w Language Center

wtorek, 17 kwietnia 2012

Jeszcze chwila...

Statystyki wyraźnie mi pokazują, że nadal chmara ludzi zagląda na tego bloga, co by jeszcze nazbierać nieco informacji o tym nieprzeciętnym kraju i ostatnim szalonym tygodniu w dżungli... Niestety głowę mą nadal zajmuje rozpakowywanie, pranie (w końcu ciepła woda!) i przyzwyczajanie organizmu do funkcjonowania w nowym środowisku i o nowym czasie. No i jeszcze powrót do pracy na gorącą prośbę ex-szefa - "Pani Mario, choćby na kilka tygodni, choćby na parę godzin dziennie!" To chadzam sobie na 4 godzinki do biura i robię porządki z tym, z czym szefu nie nadąża lub na czym się nie zna...

W tym momencie niewiele więcej jestem w stanie napisać, bo mój zegar biologiczny mówi, że dochodzi 1.00. Ale rankami wstaję o 7 (bo to już 10.30), więc na pewno zarzucę czymś jutro rano.

A jeszcze na taki mały przedsmak - fotka z jednego z ostatnich dni w LC, z moimi studentami, a co!





niedziela, 15 kwietnia 2012

Zimno..!!!

Szczęśliwie (po 26 godzinach od wyjścia z domu w Colombo do dotarcia na lotnisko w Warszawie) przybyłam z powrotem do Polski. Plotki o tym, że niejako przyszła tu wiosna okazały się nieprawdziwe - zimno, pada i w ogóle paskudnie. Pierwszy odruch - odwrócić się na pięcie i wsiąść w pierwszy samolot do Colombo :P

Na weekend przybyłam na szkolenie, na którym ostatecznie się nie pojawiłam - ale to długa historia. Ale przynajmniej z profesjonalnym przewodnikiem zwiedziłam kilka miejsc Warszawy, które jak dotąd mi umknęły. Wieczorem wzięłam pierwszy od dwóch miesięcy ciepły prysznic. Żywo zaoponowałam, słysząc informację, że na kolację będzie ryż... więc były kiełbaski. W ogóle powitano mnie z iście polską gościnnością - wódka na stół. Po 2-miesięcznej niemal prohibicji mój organizm zmęczył się już po kilku głębszych, tym bardziej, że mój zegar biologiczny wskazywał, że poszliśmy spać nad ranem o 7.30...

Bloga jeszcze nie kończę. W ciągu ostatnich kilku dni działo się zbyt wiele rzeczy, żeby o nich nie wspomnieć :P Także jestem w trakcie porządkowania zdjęć i jeszcze coś tam przez powrzucam, co by zamknąć ten krótki epizod. 

Póki co - z przerażeniem patrzę na moje 30,6 kg + 9 kg do rozpakowania, wyprania, uporządkowania...


czwartek, 12 kwietnia 2012

Lotnisko

Lotnisko w Colombo nie jest zbyt duze, wiec na pewno zdaze je cale obejsc w ciagu tych 2 godzin, kiedy lot jest opozniony...

W sumie to historia z lotniskiem zaczela sie jeszcze w miescie (z mojego miejsca zamieszkania na lotnisko jest 2-3 godziny w zaleznosci od natezenia ruchu).
Juz o godz. 14.30 dzwonilam, zeby zabukowac taksowke na 12.00 w nocy, ktora oczywiscie i tak nie przyjechala. Po 20 minutach zatrzymal sie jakis koles vanem, po angielsku to on niewiele mowil, ale zawiozl mnie kilka dzielnic dalej, gdzie ostatecznie udalo mi sie zlapac jakies taxi. Alternatywa byl tuk-tuk, ale z moim 30 kg + 9 kg wlec sie tuk-tukiem 3 godziny to srednia przyjemnosc...

Tym niemniej na lotnisku bylam juz okolo 2.00. Check-in rozpoczynal sie o 3.00. W miedzyczasie zagadalam do jakiegos lotniskowego faceta, co by mi przetlumaczyl smsa po syngalesku, ktorego dostalam od Ramy. Facet zaprosil mnie do swojej matki do Kandy, opowiedzial historie swojej ostatniej milosci (byl z dziewczyna 5 lat, poszedl do marynarki, wrocil po kilku miesiacach, a dziewucha wyszla za innego), potem przyniosl mi hot-doga, ktorego musialam zjesc w toalecie dla niepelnosprawnych, bo inaczej on mialby klopoty... Oczywiscie wlazl za mna do tej toalety, zdazyl obcalowac moja reke i mi sie oswiadczyc. W zasadzie to nie byly to oswiadczyny, a raczej stwierdzenie, ze jak nastepnym razem przylece na Sri Lanke, to mam pojechac do jego matki do Kandy i tam sie pobierzemy.

Historia lekko traci kosmosem, ale to jeszcze nie wszystko. 

Faceta opuscilam dosc szybko, w check-inie wyszlo mi bagazu 30,4 kg + podreczny 9 kg (dopuszczalna waga to 7 kg), ale nikt sie nie przejal. Za to okazalo sie, ze moja trasa zostala zmieniona, zamiast przez Rzym lece przez Mediolan, gdzie sobie poczekam 5 godzin i w Wawie bede ok. 22.00 (dokladnie nie wiedza, bo nie maja tego w systemie; a pierwotnie mialam byc w PL 18.45).

No ale przynajmniej na lotnisku maja "Free uninterrupted high speed internet", wiec korzystam.

Co do tsunami - w calym kraju zginely 4 osoby: jedna na zawal serca, a 3 zmiazdzone przez uciekajacych ludzi i samochody. Panika wybuchla niezla, ale trudno sie dziwic - w 2004 w wyniku tsunami zginelo 40 tys. ludzi. Co wiecej - w Colombo wstrzasy byly 3.4 w skali Richtera, wiec tez wyraznie odczuwalne. Wewnatrz kraju bylo ok, ale za to ile smsow i telefonow mi sie wtedy sypnelo z calego kraju... Wkrotce siec byla niedostepna, bo wszyscy do wszystkich dzwonili. Ewakuowano cale wybrzeze, w telewizji mozna bylo zobaczyc nagrania, zreszta wszyscy przed tv siedzielismy jak zaczarowani, bez znaczenia - tutejsi czy obcokrajowcy. Pierwsze co pomyslalam to to, ze mama pewnie ze strachu umiera, wiec polecialam do kafejki internetowej i napisalam maila do kilku osob. W odpowiedzi mi napisano, ze owszem w Polsce slyszeli o zagrozeniu tsunami w Indonezji, ale ni slowa o Sri Lance. Tak wiec zamiast uspokoic, to wywolalam zamieszanie i podenerwowalam co niektorych. 

Ale tutaj panika osiagnela szczyt, w wiadomosciach mowiono tylko o tsunami i ewakuacji, wygladalo to naprawde powaznie. Przez chwile poczulam sie naprawde bezsilna. Colombo rowniez bylo zagrozone, wiec w tym takze masa moich znajomych, nie wspominajac o moich rzeczach i dzisiejszym powrocie. Cale szczescie skonczylo sie tylko na wstrzasach, silniejszych falach i absolutnej zmianie pogody - takiego pochmurnego dnia w Colombo to jeszcze nie bylo.

Sie rozpisalam. Ale mam czas....